Ten tydzień minął mi strasznie szybko. Nauka do zaliczeń, projekty i prezentacje pochłonęły mnie do tego stopnia, że stałam się swoistym robotem. Kładłam się spać o 23 i automatycznie budziłam o 5 z poczuciem, że mam mnóstwo rzeczy do zrobienia. W mojej głowie powstawały długie listy, do których dopisywałam ciągle to nowe punkty, nie nadążając z realizacją tych istniejących. Nie było czasu na odpoczynek. Ba, nawet nie czułam potrzeby zwolnienia tempa.
W piątek nadszedł krytyczny moment, w którym przejrzałam na oczy. Zauważyłam, że jestem jednym wielkim kłębkiem nerwów i odzwierciedleniem zestresowanego pracoholika. Zastanawiałam się jak to możliwe, że osoba zdrowo się odżywiająca, dbająca codziennie o siebie i szanująca swoje ciało może robić sobie na taką krzywdę. Dziwne, prawda? Niestety, znowu dałam się zaciągnąć do wyścigu szczurów, który odbywa się codziennie. Być lepszym, pierwszym, najlepiej przygotowanym. Tylko jakim kosztem...
Gdy zauważyłam swój błąd, od razu poczułam się psychicznie i fizycznie zmęczona, choć wcześniej wydawało mi się, że wszystko ze mną okej. W tym samym momencie wewnątrz mnie zrodziła się ogromna tęsknota za domem. Niewiele myśląc, wskoczyłam w pierwszy pociąg i pognałam w rodzinne strony. I choć tutaj też mam swoje obowiązki, oddaję się im z przyjemnością. Zbieram siły, aby od poniedziałku uderzyć z podwójną mocą. I nawet nie wzięłam ze sobą notatek! :-)
sukienka: h&m
marynarka: h&m
baleriny: allegro
okulary: Firmoo
kolczyki: katherine.pl






























